Rincoe Jellybox 228W kit – recenzja – a miało być tak pięknie…

0
62

Ponad 4 miesiące temu zaskoczyła mnie paczka z paroma sprzętami od Rincoe. Dziś po dokładnym przekatowaniu każdego z nich, zaczynamy z pierwszą ich recenzją. Na pierwszy ogień trafia Jellybox 228W, sprzęt który już na początku miał podbić moje serce.

Wizualnie skradł moje serce, może jestem w środku jeszcze gimbusem którego jara jak się świeci. Ale mi się to zwyczajnie bardzo podoba. Niektóre kolory bardziej, inne troche słabiej jak np zielony.

Efektów wizualnych zdecydowanie mu nie można odmówić. Ładne przeźroczyste body z wysokiej jakości plastiku. Elementy metalowe są także całkiem niezłej jakości. Tutaj nie mogłem się przyczepić prawie do niczego. Aż do momentu gdy atomizer nie wylał się po raz piąty.

Gdy przyjżycie się pod pinem, jest tam zalane liquidem. Przez małą szczeline pomiędzy metalem a plastikiem udało mu się tam dostać i radośnie egzystować. Nie przeszkadza to w niczym, ale nie ukrywam, że liczyłem na jakieś zabezpieczenie przed takimi rzeczami.

Samo menu jest banalnie proste, 3 klikiem zmieniamy tryb z VW na TC. DO wyboru mamy 6 kolorów podświetlenia i jednocześnie ekranu. Jest też opcja wyłączenia podświetlenia, ale przecież nie po to się go kupuje by jej użyć. Szczególnie, że bez niego prezentuje się dosyć zwyczajnie.

Spasowanie portu USB typu C, także pozostawia sporo do życzenia. Ale z najważniejszych jego funkcji – działa, przynajmniej z większością kabli. Jeżeli używacie kabli oryginalnych od starszych samsungów, będziecie musieli użyć jednak tego z zestawu. Co ciekawe, na samym początku ten port był zdecydowanie bardziej nieułożony. Po miesiącu użytkowania, jak widać jest prawie na środku.

Klapka to najsolidniejsza rzecz w tym wszystkim, mocne uderzenia, szuranie nią po podłożu czy chociażby uderzenia pod kątem – nic. Cała, ładnie się trzyma i bardzo stabilnie. Zawias także wygląda na porządny i nie chybocze się na boki. Zatem tutaj ogromny plus.

Przechodzimy w kwestie atomizera, bo to zwyczajnie jest tutaj hitem. Niestety, niezbyt pozytywnym. O ile całośc prezentuje się dosyć ładnie i jest wykonana „porządnie”, to problemy pojawiają się podczas użytkowania. Ale o tym za chwile, omówmy najpierw budowe.

Gdy rozbierałem drugą sztuke do zdjęć, grzałka postanowiła rozczłonkować się w pół.

Delikatne stuknięcie i już była cała. Tutaj ważnym elementem jest dolny pierścień, który trzeba przekładać z grzałki do grzałki i nigdy o nim nie zapominać.

By zapełnić atomizer, należy wykręcić zbiornik od podstawy a następnie napełnić go przez uszczelkę. Bałem się o solidność tego rozwiązania, ale druga zapasowa jest w zestawie, a tej nawet mocnymi cytrynkami nie byłem w stanie zepsuć. Zatem powinno wszystko długo wytrzymać.

Niestety użytkowanie tego atomizera to żart. Żart z użytkownika. Smak na grzałce 0.3 – przeciętny, chociaż nie spodziewałem się wiele. Wycieki gorsze niż w smokach, wystarczy zostawić go na godzine – max dwie i już mamy rozlane pół tanka. Liquid w boxie to jeden ze skutków ubocznych. Grzałka 0.15 tu zmienia dosyć sporo, jest mocniejszy smak, dosyć słodki jak na mesh przystało, wycieków jakby mniej – ale wciąż. Przy 70/30 potrzebuje przerwy co 4 zaciągnięcia, przy 50/50 można cały czas się zaciągać bo inaczej leci jak z kranu. Podsumowując – ten atomizer to nieporozumienie. Jak pozostawiacie go zalanego na noc, to do góry nogami i na chusteczce.

Podsumowanie

Jeżeli zastanawiacie się nad JellyBoxem jako samym zasilaniu – świetny i tani wybór. Wykonanie nie jest na najwyższym poziomie, ale na zadowalającym. Elektronika działa bardzo przyjemnie i ekonomicznie, nie ma problemów ze spadkami.Samo zużycie prądu podczas bezczynności jest tak niewielkie, że powiedziałbym niezauważalne. Osobiście jestem z niego zadowolony. Natomiast unikajcie zestawu z atomizerem, bo pieniądze wydane na atomizer to pieniądze wyrzucone w błoto.

Już niedługo pojawi się też recenzja Jellyboxa mini, a to będzie już totalnie inna bajka!

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here